MABINOGION

Cztery gałęzie Mabinogi: Pwyll, książę Dyved

(fragment)

Książę Pwyll władał siedmioma częściami krainy Dyved. Pewnego razu, gdy przebywał w swoim pałacu w Narberth , naszła go ochota by udać się na polowanie. Miejsce, które wybrał, zwało się Glyn Cuch. I zaraz tejże nocy wyruszył w drogę. Dotarłszy do Llwyn Diarwyd, zanocował tam, a o świcie, zbliżywszy się do Glyn Cuch, spuścił psy w gęstwinę i zadął w róg, ogłaszając początek polowania. Sam szparko rzucił się w ślad za psami, jego zaś towarzysze pozostali w tyle. Naraz usłyszał obok szczekania swego stada także szczekanie jakichś innych psów, dochodzące z oddali.

A gdy książę wyjechał na leśną polanę, ujrzał tam cudzą sforę, która goniła rosłego jelenia. Pośrodku zaś polany dopadła go i powaliła na ziemię. Dopiero wówczas Pwyll mógł dobrze przyjrzeć się owym psom, a podobnych do nich nie widział nigdy w życiu! Były one bowiem białe jak śnieg, i tylko ich uszy miały czerwoną barwę, a biel i czerwień oślepiająco skrzyły się i lśniły. Podjechał książę bliżej, odpędził psy od zwierza, przywołał własną sforę i pozwolił jej się pożywić jelenim mięsem.

Gdy zaś karmił swoje psy, ujrzał jeźdźca pędzącego na ogromnym jabłkowitym koniu, z myśliwskim rogiem na szyi, odzianego w myśliwski strój z szarej wełny.

A jeździec, zbliżywszy się, przemówił:

Panie! Wiem, kim jesteś, lecz cię nie powitam.

Cóż — odparł Pwyll — być może jesteś kimś aż tak znakomitym, że nie musisz tego robić.

Rzeczywiście — powiedział ów — ale nie moja wysoka pozycja jest tego przyczyną.

Cóż zatem, panie? — dopytywał się Pwyll.

Bóg widzi, że przyczyna tkwi w twojej nieuprzejmości i twoim braku ogłady!

O jakiej nieuprzejmości mówisz, panie?

Otóż, nigdy nie widziałem większej niegrzeczności — odparł — niż odegnać psy, które dopadły jelenia, i przypuścić do niego własną sforę, iżby ją nakarmić jego mięsem. Toż to szczyt nieuprzejmości i, chociaż — Bóg mi świadkiem — nie będę mścić się na tobie, to jednak wezmę od ciebie zadośćuczynienie warte stu takich jeleni.

Panie — rzekł Pwyll — jeżeli cię obraziłem, zrekompensuję obrazę.

Ale jakże zamierzasz ją zrekompensować?

Stosownie do twej godności, tyle że wpierw powinienem się dowiedzieć, kim jesteś.

Jestem koronowanym władcą tej krainy.

Bądź zatem pozdrowiony, panie — powiedział Pwyll — lecz powiedz mi, jak się zwie twoje królestwo?

Annwvyn — odpowiedział. — A jam jest Arawn, król Annwvyn.

Panie — zapytał Pwyll — jakże mogę zdobyć twą przyjaźń?

Znam pewien sposób — odrzekł król na to. — Jest pewien mąż, którego królestwo znajduje się w konflikcie z moim królestwem, i który jest ustawicznie w stanie wojny ze mną. To Havgan król Annwvyn. Ty zaś łatwo możesz uwolnić mnie od niego, a dokonawszy tego, przyjaźń mą zdobędziesz.

Z radością owo uczynię — powiedział Pwyll — tylko powiedz mi, jakże mam to zdziałać?

Oto — rzekł — jak owo uczynisz: — Obdarzę cię swoją przyjaźnią i zabiorę do mojego pałacu w Annwvyn. Dam ci najpiękniejszą z kobiet, byś pokładał się z nią w łożnicy każdej nocy, i nadam ci mój wygląd i podobieństwo tak, że ani paź, ani rycerz, ani nikt z moich ludzi nie domyśli się, że to nie ja jestem. I trwać to będzie jeden rok i dzień, i wtedy spotkamy się jeszcze raz na tym sam miejscu.

Zgadzam się — rzekł Pwyll — lecz gdy będę tam mieszkał, jakże poznam tego, o którym tu mówisz?

Za rok od dzisiejszego wieczora — odpowiedział — mam z nim umówione spotkanie u brodu. Stawisz się tam w mojej postaci, i jeden twój cios przerwie nić jego żywota. A chociaż będzie cię prosił, byś go uderzył raz drugi, czynić ci tego nie wolno, by on ciebie nie zgubił, bowiem gdy ja to zrobiłem, on następnego dnia znowu bił się ze mną.

Dobrze — rzekł Pwyll — ale co będzie z moimi dobrami? Arawn odpowiedział:

Uczynię tak, że ani mężczyzna, ani kobieta w twoich dobrach nie odróżnią mnie od ciebie, i zajmę twoje miejsce.

Tedy udaję się w drogę — powiedział Pwyll.

Twoja droga będzie wolna, i nic ci nie przeszkodzi dotrzeć do Annwvyn, bowiem ja sam cię poprowadzę.

I powiódł go, aż dotarli do zamieszkałej okolicy, i do pałacu.

Spójrz — powiedział Arawn — oto pałac i królestwo twej podległe władzy. Udaj się tam, a wszyscy wezmą cię za mnie, a sam zobaczysz, co będziesz musiał czynić.

Zatem Pwyll wstąpił do pałacu, gdzie ujrzał sypialnie, i sale, i pokoje, wspaniale przybrane, jakich nigdy wcześniej nie oglądał. Wszedł do komnaty, a znajdujący się tam pazie i młodzieńcy wraz go powitali. Dwaj rycerze zzuli z niego myśliwskie ubranie i oblekli w suknię z wzorzystego jedwabiu, haftowaną srebrem i złotem. A gdy wszedł do sali, dostrzegł tam straże i świtę, najwspanialszą jaką kiedykolwiek widział, a z nimi królową, cudną damę w jedwabnym pozłocistym stroju. A skoro się obmyli, zasiedli do stołu. Po jednym jego boku spoczęła królowa, po drugim zaś pewien lord.

I zaczął rozmowę z królową, a z rozmowy owej mógł się przekonać, że była najskromniejszą i najzacniejszą z dam, jaką kiedykolwiek spotkał. I jedli oni, i pili, i śpiewali, i weselili się, a żaden pałac na ziemi nie mógł równać się z tym, tak co do obfitości potraw, trunków, jak i drogocennych sprzętów.

Aż nadszedł czas, by udać się na spoczynek, więc Pwyll poszedł spać z królową. Ale gdy weszli do łoża, odwrócił od niej twarz i położył się tyłem do królowej, i aż do następnego dnia nie wyrzekł do niej ni słowa. Nazajutrz wszakże ponownie rozpoczęli czułą i wytworną rozmowę. I w każdą noc, do końca roku, Pwyll zachowywał się tak samo, jak za pierwszym razem.

Przeminął rok na polowaniach, pieśniach, ucztowaniu i dworskich zabawach, aż nastała noc, wyznaczona do bitwy. A o nocy owej wiedziano we wszystkich zakątkach królestwa, tak że kiedy udawał się na miejsce spotkania, poszła z nim cała jego szlachta. Podjechawszy do brodu, ujrzeli tam jeźdźca, który rzekł:

Posłuchajcie, panowie! To spór między dwoma królami, o ziemię i o władzę, i tylko między nimi. Wy zatem trzymajcie się z boku, oczekując na wynik starcia.

I starli się pośrodku brodu. A pierwszy cios tego, który był w postaci Arawna, raził Havgana w sam środek tarczy tak, iż rozpękła się na pół, a sam Havgan padł na ziemię, jego zaś noga zaplątała się w strzemię, i był on śmiertelne zraniony.

O rycerzu! — zawołał Havgan. — Wszak nie postąpiłem względem ciebie szpetnie. Nie wiem, po co ci moja śmierć. Lecz na Boga — dokończ, coś zaczął!

Rycerzu — odparł ów na to — com ci uczynił, uczyniłem, wszakże zwróć się do swoich ludzi, bo ja cię dobić nie mogę.

Och, moi wierni słudzy! — przemówił Havgan. — Porzućcie mnie. Nadeszła moja śmierć, i już dłużej nie mogę sprawować rządów nad wami.

Mężowie! — ozwał się i ten, który miał postać Arawna. — Naradźcie się i powiedzcie, który z was będzie chciał mi służyć.

Panie — odrzekli — wszyscy tego chcemy, bowiem teraz w Annwvyn nie ma innego króla, prócz ciebie.

Zatem — powiedział — tych, którzy przyjdą dobrowolnie, ja przyjmę łaskawie, zaś nieposłusznych siłą przymuszę, by mi się podporządkowali.

Po czym odebrał przysięgę wierności od szlachty, i wszystko już następnego dnia znalazło się w jego władaniu. Następnie zaś dosiadł swego rumaka i udał się do Glyn Cuch.

A skoro tam przybył, spotkał się z królem Annwvyn, i obaj radzi byli siebie widzieć.

O, zaiste — powiedział Arawn — Bóg ci odpłaci za przysługę, którąś mi wyświadczył, o czym już słyszałem. Wróć zatem do swych dóbr, i zobacz, com dla ciebie uczynił.

Co byś nie zrobił — rzekł Pwyll — niech Bóg odpłaci i tobie.

Następnie zaś Arawn zwrócił Pwyllowi, księciu Dyved, jego wygląd i postać, sam odzyskał własne i udał się do swego pałacu w Annwvyn, gdzie rad był widzieć swoich dworzan, których nie oglądał czas długi. Oni zaś nie wiedzieli nic o jego nieobecności, dlatego na jego widok nie okazali większego zdziwienia niż zazwyczaj. Dzień minął im na weselu i zabawie. Arawn rozmawiał z żoną i swymi powiernikami. A kiedy czas snu zastąpił czas biesiady, udali się na spoczynek.

Król legł na łożu, a żona przyszła do niego. Wprzódy z nią porozmawiał, a potem zażyli przyjemności. Kobieta, na którą nie zwracano uwagi przez cały rok zdziwiła się wielce:

Ciekawie — myślała — z jego umysłem jest inaczej niż rok temu. Cóż to go dzisiaj zmusiło aby odmienić swój obyczaj?

I rozmyślała czas długi, on zaś przebudził się i ozwał do niej dwu i trzykrotnie, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Zapytał tedy:

Czemuż to nie rozmawiasz ze mną?

Panie — odparła — nie mogę od razu wygadać się za cały rok.

O czym ty mówisz? — zapytał on. — Wszak zawsze rozmawialiśmy.

O, wstydzie! — zawołała. — Wszak rok upłynął do wczorajszego wieczora od chwili, jak kładliśmy się do łoża, i między nami nie było ani rozmów, ani niczego innego, a ty nawet nie zwróciłeś ku mnie swej twarzy....

Romanse arturiańskie: Geraint i Enida

(fragment)

Dwór Artura przebywał w Caerlleonie nad rzeką Usk, gdzie jak to było we zwyczaju — spędzał pięć dni w okresie Świąt Wielkanocnych i pięć dni w okresie Bożego Narodzenia. Zbierał się on tam również w dzień Zielonych Świąt, ponieważ Caerlleon był w jego dobrach miejscem najbardziej dostępnym zarówno dla podróżujących lądem jak i morzem. Przyjeżdżało tam także zwykle dziewięciu królów ze swoimi ludźmi, hrabiami oraz baronami, i gościli oni u niego we wszystkie święta.

A kiedy Artur przebywał ze swoim dworem w Caerlleonie, przygotowywano trzynaście kościołów dla odprawiania świątecznych nabożeństw: kościół dla Artura wraz z dziewięcioma królami i innymi jego gośćmi, drugi — dla Gwenhwyvar i jej dam, trzeci — dla kasztelana, zarządcy dworu i jego pomocników, czwarty — dla Odyar Franka i innych dowódców wojskowych, a dziewięć pozostałych — dla Gwalchmai i rycerzy, którzy wedle swego znaczenia i wojennych czynów przewodzili dziewięciu drużynom. I w każdym z kościołów mogli modlić się tylko ci, których tu wymieniono.

Głównym odźwiernym był Glewlwyd Gavaelvawr, lecz on sam nie pełnił służby z wyjątkiem trzech najważniejszych świąt — robiło to za niego siedmiu jego podwładnych, którzy rozdzielili między sobą rok. A byli to nie kto inni jak: Grynn, Pen Pighon, Llaes Cymyn, Gogyfwlch, Gwrdnei Kocie Oko, który w nocy widział nie gorzej niż za dnia, Drem, syn Dremhitid, i Clust, syn Clustveinyd. Wszyscy oni pełnili obowiązki odźwiernych na dworze Artura.

W dzień Zielonych Świąt, kiedy król ucztował wraz ze swym dworem, do pałacowej sali wbiegł wysoki młodzieniec o kasztanowych włosach. Odziany był w lśniący jedwabny kaftan i buty ze znakomitego kurdybanu. U pasa wisiał mu miecz o bogato zdobionej rękojeści.

Witam cię, panie! — zawołał młodzieniec, zwracając się do króla.

Niech cię Bóg zachowa — odpowiedział mu Artur — a Jego łaska będzie z tobą. Czego ci trzeba?

Wiesz, kim jestem, panie? — zapytał młodzieniec.

Nie, nie wiem.

Jestem jednym z twoich leśników w lesie z Dean, a zowię się Madawc, syn Twrgadarna.

Mów, Madawcu, z czym przyszedłeś.

Ujrzałem w lesie jelenia niepodobnego do żadnego z tych, jakie do tej pory dane mi było spotkać — odparł przybyły.

Cóż w nim takiego — zapytał Artur — co różni go od innych?

Jest on cały biały, panie, i jest tak dumny, że nie pasie się z żadnym innym zwierzęciem. Przyszedłem zapytać: co mam z nim czynić?

Najlepsze, co mogę zrobić, to pojechać jutro na polowanie w miejsce, gdzie pojawił się jeleń. I niech dowiedzą się o tym wszyscy moi ludzie — powiedział Artur, mając na myśli Arryfuerysa — wielkiego łowczego i Elivry — zwierzchnika giermków oraz wszystkich pozostałych.

Rozkazał także młodzieńcowi, aby im towarzyszył. Gwenhwyvar zaś prosiła Artura:

O panie, pozwól mi jutro pojechać z tobą na polowanie i spojrzeć na jelenia, o którym mówił ten młodzieniec.

Oczywiście — odrzekł jej Artur — z radością wezmę cię ze sobą.

Zatem pojadę z wami — oznajmiła królowa.

Potem zaś Gwalchmai rzekł do Artura:

Królu, jeżeli nie masz nic przeciw temu, pozwól jutro temu, kto zabije jelenia, czy to będzie rycerz na koniu, czy pieszy wojownik, odciąć mu głowę i ponieść ją w darze swojej damie serca.

Z radością zgadzam się na to — odpowiedział Artur, ciekaw niezwykłego zwierza.

Wieczór minął im na ucztowaniu, słuchaniu pieśni i rozmowach — ile dusza zapragnie. Kiedy zaś nadszedł wieczór, udali się na spoczynek.

Nazajutrz Artur wezwał do siebie czterech paziów, którzy strzegli jego sypialni, a byli to: Cadyrnerth, syn Gwrdneia, i Ambreu, syn Bedwora, i Amhar, syn Artura, i Goreu, syn Custennina. Weszli, powitali Artura i pomogli mu się ubrać. Artur zdziwił się, że Gwenhwyvar jeszcze nie podniosła się z pościeli, lecz nie pozwolił po nią posłać:

Nie będziemy na nią czekać, skoro woli spać, niż jechać z nami na polowanie!

I udali się w drogę, a kiedy usłyszeli głos rogu łowczego, puścili konie do lasu.

Gwenhwyvar, zmęczona wieczornym ucztowaniem, obudziła się dopiero po wyjeździe rycerzy. Zawołała służące, by pomogły się jej ubrać i rzekła do nich:

Wczoraj wybierałam się na polowanie. Niechże jedna z was pójdzie do stajni i wybierze konie odpowiednie dla dam.

Jedna ze służek udała się więc do stajni. Znalazła tam jednak tylko dwa rumaki. Dosiadły ich i tylko we dwie pojechały wiodącą przez Usk drogą, na której widniały świeże ślady kopyt.

Wtem usłyszały bardzo silny szum. Obejrzawszy się, zobaczyły jeźdźca pędzącego za nimi na olbrzymim rumaku. Był to młodzieniec szlachetnego rodu, ubrany w jedwabny kaftan i płaszcz purpurowej barwy zdobiony złotem. U boku jego wisiał miecz o złotej rękojeści. Koń niósł go szybko choć lekko, dumnie potrząsając głową.

Młodzieniec, zbliżywszy się do Gwenhwyvar, powitał ją.

Niech cię Bóg zachowa, Geraincie — powiedziała. — Dlaczego nie pojechałeś na polowanie ze swoim panem?

Nikt mnie nie zbudził — odpowiedział on.

I ja się zdziwiłam — rzekła królowa — że król odjechał, nie obudziwszy mnie pierwej.

Tak, pani, spałem i nie słyszałem, jak on odjechał.

Młodzieńcze — powiedziała Gwenhwyvar — będziesz mi więc towarzyszem, od którego nie ma milszego w całym królestwie! Ponadto dowiem się o polowaniu nie mniej niż oni — bo przecież stąd usłyszymy i dźwięki rogu, i szczekanie, kiedy spuszczą psy i ruszą po śladzie.

Zatrzymali się na skraju lasu. Naraz usłyszeli stukot kopyt i spojrzeli tam, skąd on rozbrzmiewał. Zobaczyli karła na olbrzymim rumaku z rozdętymi chrapami. Karzeł trzymał w dłoni pejcz. W ślad za nim na przepięknym białym koniu szybko jechała dama przyodziana w suknie ze złotogłowiu. Za nią zaś podążał jeździec na bojowym rumaku w ciężkiej lśniącej zbroi. Gwenhwyvar zdało się, że nigdy jeszcze nie widziała koni i jeźdźców większych niż ci. Podjechawszy bliżej, zatrzymali się.

Geraincie — zapytała Gwenhwyvar — czy znasz tego jeźdźca?

Nie, nie znam go, pani — odpowiedział — a ponadto spoza tej ciężkiej zamorskiej przyłbicy nie mogę dojrzeć jego twarzy.

Idź, dziewczyno — nakazała Gwenhwyvar służącej — i zapytaj karła, kim jest ten jeździec.

Służąca skierowała się ku karłowi, a on, zobaczywszy ją, zatrzymał konia. Ona zaś go zapytała:

Powiedz mi, kim jest ten jeździec?!

Nie powiem ci tego! — odrzekł niezbyt grzecznie karzeł.

Skoro jesteś tak nieuprzejmy, że nie chcesz tego powiedzieć, to sama go zapytam.

Przysięgam, że tego nie zrobisz! — zawołał.

A to dlaczego? — zdziwiła się służąca.

Boś niegodna, by mówić z kimś takim jak mój pan!

Wtedy panna skierowała swojego konia ku jeźdźcowi, lecz rozgniewany karzeł uderzył ją po twarzy pejczem, który miał w ręce, tak, że trysnęła krew. Służąca wróciła więc do Gwenhwyvar i poskarżyła się swej pani.

Rzeczywiście — oburzył się Geraint — srogo i niesprawiedliwie obszedł się z tobą ten karzeł! Teraz więc ja sam pojadę i dowiem się, kim jest jeździec!

Gwenhwyvar zgodziła się na propozycję młodzieńca i Geraint zbliżył się do karła.

Kim jest ten jeździec? — zapytał.

Ja ci tego nie powiem — odburknął karzeł.

Zatem sam go zapytam! — rzekł zniecierpliwiony Geraint.

Przysięgam, że nie zrobisz tego! — zawołał karzeł. — Boś niegodny, by mówić z kimś takim jak mój pan!

Wtenczas Geraint rzekł dumnie:

Rozmawiałem z ludźmi znakomitszymi od twego pana.

I skierował konia ku jeźdźcowi, lecz karzeł dogonił go i uderzył pejczem tak samo, jak służącą. Krew chlusnęła na płaszcz Gerainta, natychmiast więc opuścił rękę na rękojeść miecza. Pomyślał jednak, że jeżeli zabije karła, to — nie mając zbroi — nie poradzi sobie z jego panem. Wrócił więc na miejsce, gdzie była Gwenhwyvar.

Postąpiłeś mądrze i roztropnie — powiedziała królowa, wysłuchawszy jego krótkiej opowieści.

O, pani — zwrócił się do niej — za twym przyzwoleniem udam za tymi ludźmi w miejsce, gdzie będę mógł zdobyć broń i zbroję by stoczyć walkę z rycerzem.

Pojedź — powiedziała ona — i nie zaczynaj z nim walki, zanim nie zdobędziesz dobrego uzbrojenia. I pamiętaj, że będę trwożyć się o ciebie, póki nie otrzymam wiadomości.

Jeżeli tylko będę żywy — odpowiedział — to do jutrzejszego wieczora otrzymasz ode mnie wiadomość.

I pojechał za nimi.

Przejechali drogą obok dworu Artura w Caerlleonie, przebyli bród na Usk i posuwali się po obszernej i dzikiej równinie, aż dotarli do warownego miasta, nad którym wznosił się ogromny zamek. Jeźdźcy skierowali się ku niemu witani przez mieszkańców miasta.

Geraint zaglądał do każdego domu, mając nadzieję spotkać znajomych, lecz nie rozpoznał nikogo wśród ludzi, a i on także był im obcy. Mimo, iż w każdym obejściu widział miecze, tarcze, wypolerowane zbroje i konie bojowe, nie udało mu się zdobyć oręża, nikt bowiem nie chciał mu go ani sprzedać, ani wypożyczyć.

Kiedy jeździec ze swoją towarzyszką i karłem wjechali do zamku, wszyscy, którzy tam byli, radowali się ich z przybycia i witali ukłonami.

Geraint również chciał wejść do zamku, kazano mu jednak czekać. Wtedy, rozejrzawszy się wokół, dostrzegł poza murem miejskim stary, rozwalający się dom. Nie znalazłszy więc schronienia w mieście, tam skierował konia. Wjechawszy na dziedziniec, zobaczył marmurowe schody prowadzące do górnych komnat. Na schodach spotkał siwego starca w starym, zniszczonym ubraniu. Starzec spojrzał na Gerainta i zapytał:

Młodzieńcze, czego tu szukasz?

Nie wiem — odpowiedział Geraint — gdzie spocznę tej nocy.

Wejdź zatem — powiedział starzec — a dam ci to, co dać ci mogę.

I poprowadził młodzieńca do komnaty, gdzie na poduszkach siedziała staruszka w zniszczonej jedwabnej sukni. Geraint pomyślał, że gdy była młoda, nie było na świecie damy piękniejszej od niej. Z tyłu za nią siedziała dziewczyna w tak zniszczonej sukni, że ledwie się na niej trzymała. I zdało mu się, że — nie bacząc na biedne odzienie — jeszcze nigdy nie spotkał piękniejszej i szlachetniejszej panny.

Starzec zwrócił się do dziewczyny:

Prócz ciebie nie mamy nikogo, kto by oporządził konia tego młodzieńca.

Zrobię wszystko, co będę mogła i dla tego młodzieńca, i dla jego konia — odrzekła dziewczyna, po czym zdjęła Geraintowi buty z cholewami i nasypała jego koniowi owsa. Potem starzec nakazał jej udać się do miasta po najlepszą strawę i napoje, jakie tam znajdzie.

Uczynię to z ochotą, panie mój — powiedziała ona, po czym bez zwłoki wyruszyła do miasta. Wróciła w towarzystwie sługi, niosącego dzban z miodem i cielęcą nogę; ona zaś niosła bochen chleba i słodkie bułeczki. Zaniosła jadło i napitek do górnych komnat, skarżąc się na skromne owoce swej wyprawy:

Nie udało mi się dostać niczego lepszego, nikt już nie chce nam dawać na kredyt…

W zupełności wystarczy tego, co jest — powiedział Geraint, zachwycony urodą i uprzejmością dziewczyny.

A kiedy wszystko było już gotowe, usiedli za stołem w takim porządku: Geraint między starcem i jego żoną, a dziewczyna naprzeciwko. Po posiłku Geraint rozmawiał ze starcem.

Czy to twój dom?

Tak, wybudowałem go — odpowiedział — a niegdyś do mnie należało całe to miasto i zamek, który widziałeś.

Panie — zapytał Geraint — jakże straciłeś to wszystko?

Straciłem w dodatku jeszcze całe hrabstwo! — zawołał starzec — A oto jak do tego doszło. Miałem bratanka, syna mojego brata, po którym odziedziczyłem wszystkie te dobra. Kiedy on nabrał siły, zażądał ich z powrotem, rozpoczął ze mną wojnę i zabrał wszystko prócz tego oto domu.

Panie — zapytał wtedy Geraint — powiedz mi, po co przybył tutaj rycerz, który wczoraj wjechał do miasta z damą i karłem? I po co w mieście tyle broni?

Powiem ci — odpowiedział starzec. — Wszyscy przygotowują się do jutrzejszego turnieju, w którym weźmie udział młody hrabia. A tak to się odbędzie: na łące wkopią dwa słupy, powieszą na nich srebrną poprzeczną belkę i posadzą na niej sokoła. I dla tego sokoła odbędzie się turniej, i wszyscy ludzie, i konie, i broń, których widziałeś, przygotowują się do tego turnieju; a z każdym rycerzem powinna tam być dama jego serca, ponieważ bez niej żaden rycerz nie może walczyć o sokoła. Rycerz zaś, którego widziałeś, zdobywał sokoła dwa lata z rzędu, i jeżeli jutro zdobędzie go po raz trzeci, to potem będzie otrzymywać go już każdego roku bez walki. I otrzyma imię — Rycerz Sokoła.

Panie — powiedział Geraint — cóż mi uczynić z tym rycerzem, który obraził mnie i służącą Gwenhwyvar, małżonki Artura?

I opowiedział starcowi, o wszystkim, co się wydarzyło. Ten zaś rzekł:

Nie tak ławo mogę ci pomóc, ponieważ nie masz damy, za którą mógłbyś się bić. Ale mógłbym dać ci zbroję i dobrego konia.

Panie — wykrzyknął Geraint — niech cię Bóg błogosławi! Konia mam wystarczająco dobrego, pozostaje tylko kwestia zbroi. A co do damy serca, to niech będzie nią twoja córka! Jeżeli wrócę z turnieju żywy, będę kochać ją całe swoje życie i pozostanę jej wierny. Jeżeli zaś mnie tam zabiją, to ona zachowa swoją czystość.

Z radością godzę się na to — powiedział starzec — i skoro już się zdecydowałeś, to trzeba być gotowym o świcie, kiedy rycerz wyjedzie w pole i poprosi swoją damę serca by, jeśli tylko chce, wzięła sokoła. Powie jej zapewne: „Miałaś go przez dwa lata, i jeżeli teraz ktoś spróbuje ci go odebrać, będę umiał obronić twoje prawa.” Dlatego musisz tam być, kiedy on to powie — kontynuował starzec — a my wszyscy troje pójdziemy z tobą.

Tak zdecydowawszy, udali się na spoczynek, a nazajutrz, kiedy tylko wstali, przygotowali konia i rynsztunek bojowy i o wyznaczonej godzinie całą czwórką znaleźli się na brzegu rzeki.

Kiedy przybył rycerz i poprosił swoją damę, by wzięła sokoła, wystąpił dumnie Geraint i zawołał:

Nie dotykaj go, bowiem jest tu dama urodziwsza niż ty, czystsza, i lepiej urodzona!

Cóż — powiedział rycerz — jeżeli pragniesz, by ten sokół przypadł w udziale twojej pani, wychodź i walcz ze mną!

Geraint ruszył więc na koniu i w ciężkiej zbroi, którą dał mu starzec. Tak rozpoczęła się zażarta walka. Rycerze skruszyli kopie, i drugie, i trzecie — kruszyli wszystkie, jakie im dano, jedną po drugiej. Geraintowi podawał kopie starzec a rycerzowi — jego karzeł. Gdy górą był rycerz, hrabia i jego ludzie wydawali okrzyki radości, a starzec z żoną i córką wpadali w rozpacz.

Wreszcie starzec podszedł do Gerainta i powiedział mu:

Panie, tę oto kopię otrzymałem, kiedy byłem pasowany na rycerza. Nigdy się nie złamała — jest bowiem mocniejsza od wszystkich innych kopii.

Geraint wziął ją i podziękował starcowi.

A karzeł w tym samym czasie podawał kopię swojemu panu:

Nie jest to najgorsza z kopii — powiedział mu — ale pamiętaj, że żaden rycerz jeszcze nie trzymał się tak długo w walce z tobą.

Klnę się na Boga — wykrzyknął Geraint — że nic ci nie pomoże, jeśli tylko będę żywy!

I spiął konia ostrogami, by z wściekłością rzucić się na rycerza i zadać mu niezwykle silny cios w środek tarczy tak, że rozpadła się ona na kilka części. Pancerz został przebity i popręg pękł, a rycerz spadł z konia razem z siodłem. Wtedy Geraint szybko zeskoczył z konia, obnażył miecz i rzucił się na rycerza, który wstał i też obnażył swój miecz. I jęli wymierzać sobie ciosy, póki zbroje na obydwu się nie rozpadły na kawałki, i póki pot i krew nie zalały im oczu. Kiedy zwyciężał Geraint, starzec z żoną i córką cieszyli się niezmiernie a kiedy zwyciężał rycerz, hrabia i jego ludzie nie kryli radości. Kiedy starzec zobaczył, że Geraint słabnie, podszedł do niego i powiedział:

Panie, pamiętaj o zniewadze, którą wyrządził ci karzeł! Powinieneś pomścić i siebie i Gwenhwyvar, żonę Artura!

Wtedy Geraint odzyskał siły, podniósł miecz i z taką siłą uderzył rycerza w czubek głowy, że hełm mu pękł a miecz rozciął skórę i ciało, i doszedł do kości. Wtedy rycerz upadł na kolana, wypuścił miecz z dłoni i zwrócił się do Gerainta:

Byłoby czymś nie do zniesienia dla mojej dumy by błagać cię o litość! Nie oczekuję też, że mnie oszczędzisz ani nie proszę, byś darował mi życie!

Oszczędzę cię — powiedział Geraint — jeżeli natychmiast udasz się do Gwenhwyvar, żony Artura, i poprosisz ją o przebaczenie za obrazę, którą twój karzeł wyrządził jej służącej. Za moją obrazę sam się już na tobie zemściłem. Przysięgnij, że nie zsiądziesz z konia, zanim nie przybędziesz do Gwenhwyvar i nie wyznasz przed nią swej winy, jak to jest przyjęte na dworze Artura!

Uczynię to, lecz powiedz mi, kim jesteś?

Jestem Geraint, syn Erbina, a ktoś ty?

A jam jest Edeyrn, syn Nudda — odpowiedział rycerz i z trudem dosiadłszy konia, udał się prosto na dwór Artura. Pojechali z nim wielce zasmuceni — dama jego serca i karzeł.

***

Po walce do Gerainta podszedł młody hrabia wraz ze swą świtą, powitał go i zaprosił do zamku.

Nie — powiedział Geraint — pójdę tam, gdzie spędziłem minioną noc.

Jeżeli nie chcesz przyjąć mojego zaproszenia, to przynajmniej każę przygotować ci kąpiel w tym miejscu, gdzie spędziłeś noc, byś mógł odpocząć i obmyć swoje rany.

Chętnie przyjmuję twoją propozycję! — odpowiedział Geraint i udał się do domu starego hrabiego Ynywl.

A gdy tylko weszli do górnych komnat, przybyli tam paziowie młodego hrabiego, którzy przynieśli wszystko co niezbędne do kąpieli i rozniecili ogień aby Geraint mógł się obmyć. Później przyszedł młody hrabia z czterdziestoma znakomitymi rycerzami i zaprosił Gerainta do sali jadalnej, by wespół z nim obiadował.

A gdzie jest hrabia Ynywl z żoną i córką? — zapytał Geraint.

Są w górnych pokojach i przebierają się w suknie, które im przysłałem — odrzekł hrabia.

Poproście dziewczynę, by nie wkładała tej sukni, póki sama Gwenhwyvar nie obdaruje jej suknią na dworze króla Artura — polecił służącym hrabiego Geraint. I dziewczyna nie włożyła nowej szaty.

Potem wszyscy weszli do sali jadalnej, obmyli ręce i usiedli za stołem. A usiedli w takim porządku: po jednej ręce Gerainta siadł młody hrabia, a obok niego hrabia Ynywl, z drugiej zaś strony usiadła dziewczyna i jej matka. Inni zaś zasiedli wedle swego znaczenia i urodzenia. Jedli i pili a podawano im najwykwintniejsze dania. Hrabia zaś znów zaprosił Gerainta do siebie.

Nie pójdę, przysięgam przed Bogiem — odpowiedział Geraint. — Natomiast jutro udam się na dwór Artura i nie wrócę tutaj, dopóki hrabia Ynywl jest biedny i poniżany, a jeżeli wrócę, to tylko po to, by odzyskać dlań jego prawa....

Przekład całości Mabinogionu (w 3 tomach) ukazał się nakładem Wydawnictwa ARMORYKA

Powrót na stronę główną