RODZINA ZACHODNICH KOŚCIOŁÓW KATOLICKICH

Oprócz Kościoła rzymskokatolickiego istnieje dość spora grupa Kościołów tak zwanych katolicyzujących, czyli takich, które na przestrzeni wieków wyodrębniły się z tego pierwszego z różnych powodów, zachowując wszakże większość doktryny i obrzędów rzymskokatolickich. Najstarszym z nich jest Kościół anglikański, zaliczany co prawda do rodziny wyznań protestanckich, w rzeczywistości jednak stanowiący jakby pomost między protestantyzmem a katolicyzmem, zachowując z tego ostatniego wiele, przynajmniej w sferze zewnętrznych podobieństw, np. hierarchię duchowną szczycącą się sukcesją apostolską (mimo iż Kościół rzymskokatolicki i Cerkiew prawosławna nie uznają jej za ważną), czy jakąś formę Mszy św. To samo można by powiedzieć również o Luterańskim Kościele Szwecji, podobnie jak Kościół anglikański powstałym w wieku XVI i również mającym hierarchię duchowną posiadającą sukcesję apostolską.

Zatem Kościoły katolicyzujące to są te Kościoły, czy związki wyznaniowe, które w większym bądź mniejszym stopniu pozostawszy przy nauce Kościoła rzymskokatolickiego, oddzieliły się od niego organizacyjnie, zachowując jednak sukcesję apostolską. Ich niepodważalna (w większości wypadków) sukcesja pochodzi z Utrechtu (ale niekiedy także i z innych źródeł).

A oto jak doszło do wytworzenia się zachodniej hierarchii duchownej niezależnej od Rzymu. Jest to co prawda opowieść dośść długa, ale niezwykle interesująca. Najpierw jednak należy wyjaśnić czym jest owa sukcesja:

Sukcesja apostolska to nigdy nieprzerwany ciąg święceń biskupich biorący początek od Apostołów, a trwający aż po dziś dzień; niepodważalną sukcesję apostolską mają np. Kościół rzymskokatolicki, Kościół prawosławny, Kościół koptyjski, Kościół etiopski, inne Kościoły tradycji wschodnich i Kościoły starokatolickie. Protestanci, choć także posiadają biskupów, to jednak ich kapłaństwo, ze względu na przerwaną sukcesję apostolską nie ma charakteru sakramentalnego.

Mimo iż Kościół rzymskokatolicki od czasów wystąpienia wielkich reformatorów - Lutra, Kalwina, Melanchtona, Henryka VIII - nie doznał już tak silnego wstrząsu ani znaczącego rozdarcia, to jednak cieszył się pozornym spokojem. Był niczym lawa zastygła po wierzchu, która w głębi wre, kipi i grozi wybuchem.

Od XVI do XIX stulecia toczono burzliwe spory teologiczne dotykające rozmaitych dogmatów, protestowano przeciw prymatowi papieskiemu. Dyskutowano zawzięcie na temat Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Jedni dowodzili, iż miało ono miejsce, inni zaś gwałtownie sprzeciwiali się głoszeniu takiego poglądu. Ostatecznie ów spór został rozstrzygnięty - na korzyść zwolenników Niepokalanego Poczęcia - dopiero przez Sobór Watykański I.

Wiele zamieszania spowodowały poglądy (uznane za heretyckie) głoszone przez Michała Bajusa w XVI wieku. Jego nauka o grzechu pierworodnym, usprawiedliwieniu i łasce została potępiona i zakazana, ale przecież nie porzucona. Bajus bowiem znalazł kontynuatora w osobie Korneliusza Janseniusza, który podjął ten sam problem teologiczny, a od Bajusa zapożyczył niektóre poglądy.

Korneliusz Janseniusz urodził się w 1585 roku w Holandii. Odebrał bardzo staranne wykształcenie na kilku europejskich uniwersytetach, co zaprocentowało później obficie, bo zdobył sławę doskonałego teologa, a w hierarchii kościelnej doszedł do urzędu biskupa. Przez całe twórcze życie najbardziej interesował go problem łaski, który - opierając się na dziełach św. Augustyna - starał się rozwikłać do końca. Owocem jego dwudziestoletnich przemyśleń była książka „Augustinus” zawierająca całą naukę dotyczącą owej kwestii. A oto ona - oczywiście w ogromnym uproszczeniu i wielkim skrócie:

Popełniając grzech pierworodny, człowiek stracił wolną wolę. Jej miejsce zajęły dwie żądze: dobra (niebieska) i zła (ziemska). Każdy czyn, tak dobry, jak i zły, jest uzależniony od tego, która z żądz jest w danej chwili silniejsza. Człowieka wspomaga łaska Boża, której przeciwstawić się nie jest w stanie. Każdy więc czyn człowieka spełniany jest pod przymusem zewnętrznym. Dalej, łaska Boża bywa silniejsza lub słabsza od żądzy zła. Z tego wszystkiego wynika, że Bóg, żądając spełnienia przykazań, żąda rzeczy niemożliwej dla człowieka. Od tego poglądu już tylko krok do nauki o predestynacji.

Janseniusz jako wierny syn Kościoła napisane dzieło - owoc życia, z którego bez wątpienia był bardzo dumny, złożył w Rzymie, prosząc o ocenę i aprobatę. Czyniąc to, nie dopuszczał chyba nawet do siebie myśli, iż może ono zostać uznane za heretyckie i potępione. W takiej niewiedzy najspokojniej umarł (w roku 1638), nie doczekawszy się wyroku. Rzymowi bowiem - jak zwykle - nie spieszyło się .

Zbadanie dzieła Janseniusza trwało kilka lat i Święta Inkwizycja wypowiedziała się na jego temat dopiero w roku 1641. Oczywiście, jak można się domyślić, owa wypowiedź nie była mu przychylna - wręcz przeciwnie, księga została potępiona. Do owego wyroku przychylił się papież Urban VIII, zatwierdzając go w roku następnym. Z chwilą wszakże, gdy to się stało, natychmiast podniósł się gromki krzyk protestu przeciw takiemu stanowisku Rzymu. Janseniusz zostawił bowiem po sobie licznych uczniów i zwolenników głoszonych za życia i zawartych w „Augustinusie” poglądów. Wokół nauk zmarłego biskupa toczyły się zagorzałe spory, którym kres usiłowała położyć ogłoszona w 1653 roku bulla papieska w zdecydowany sposób potępiająca jansenizm.

Ale byłby w błędzie ten, kto by sądził, iż spełniła ona pokładane w niej nadzieje. Wręcz przeciwnie - dolała tylko oliwy do ognia. Zresztą janseniści, prócz różnej od ortodoksyjnej nauki o łasce, poczęli jeszcze wygłaszać inne poglądy, które dla Rzymu były bardzo niebezpieczne, godziły bowiem w prymat jurysdykcyjny następcy apostoła Piotra na papieskiej stolicy. Oto np. dowodzili, iż Kościół miał nie jedną, ale dwie głowy - świętych apostołów Piotra i Pawła, dalej, że wszyscy biskupi są sobie równi, a zatem przypisywanie sobie władzy zwierzchniej nad Kościołem przez biskupów rzymskich jest bezprawne. Posunęli się zresztą jeszcze dalej, twierdząc, że sobory lokalne i sobory ekumeniczne mają takie samo znaczenie.

Sądzę, iż mogę pominąć szczegółowe omawianie rozwoju jansenistycznej nauki i jej luminarzy, bo nie byłoby to nazbyt interesujące. Wspomnieć wszakże należy o tym, że wokół niej trwały przez cały czas nieustające spory w kościołach - przede wszystkim we Francji, Holandii i Belgii. Papieże w istniejącej sytuacji wielokroć zmuszani byli do oficjalnego wypowiadania się w tej kwestii, ale ich orzeczenia były ignorowane, przeinaczane i nic sobie z nich nikt nie robił. Wreszcie papieżowi Klemensowi XI zbrakło cierpliwości i postanowił definitywnie rozprawić się z jansenizmem. W 1713 roku wydal osławioną bullę „Unigenitus”, w której potępił wszystkie heretyckie poglądy jansenistów. A oto one:

Łasce Boskiej nikt się nie może oprzeć. Ale jeżeli Stworzyciel jej nie udziela, to człowiek może jedynie grzeszyć;

Kochać wolno (i trzeba!) tylko Boga, zaś każda inna miłość to nic innego, tylko grzech śmiertelny;

Lęk przed ewentualną karą w życiu pozagrobowym to również grzech;

Grzechem będzie też modlitwa grzesznika;

Ci ostatni bowiem nie są członkami Kościoła, który składa się wyłącznie ze świętych;

Zanim penitent nie wypełni nałożonej nań przez kapłana pokuty po spowiedzi, nie wolno mu udzielać rozgrzeszenia (w tym miejscu zaznaczyć należy, iż pokuty wyznaczane przez duchownych jansenistycznych były tak ciężkie i surowe, iż niejednokrotnie zdarzało się, że rujnowały zdrowie penitentów, a bywało, iż nie pozwalały doczekać owego rozgrzeszenia).”

Papieżowi Klemensowi zdawało się, iż jego bulla przywróci wreszcie spokój w Kościele, ale tak mu się tylko zdawało. Stało się bowiem wręcz odwrotnie - jej publikację przyrównać można do włożenia kija w mrowisko.

Przeciw niej najgłośniej gardłowali biskupi francuscy, a wielu spośród nich wręcz odmówiło złożenia pod nią - na znak przyjęcia - swego podpisu. Czuli się bezpieczni, mając poparcie arcybiskupa Paryża, kardynała Noaillesa.

Taka postawa owego purpurata zirytowała papieża, który go wezwał do Rzymu, aby się wytłumaczył. Ale kardynał, mając za sobą cały episkopat francuski, powołujący się na tzw. zasady gallikańskie przyznające mu szeroką autonomię, jak również i poparcie króla, do Wiecznego Miasta nie pojechał.

Wszystko zatem zostało po staremu - spory, klątwy, walki, oszczerstwa trwały za pontyfikatów kolejnych papieży: Innocentego XIII, Benedykta XIII, Klemensa XI i Benedykta XIV. Francja zaś stała się głównym bastionem jansenizmu, który plenił się na jej terenie bez większych przeszkód.

Mimo iż jego dzieje w tym kraju bez wątpienia są ciekawe, jeszcze ciekawsza będzie historia tej herezji w granicach Holandii. Ale aby ją dobrze zrozumieć, trzeba się znacznie cofnąć w czasie - aż do wieku XVII. Wówczas to bowiem Holandia ostatecznie uniezależniła się od Hiszpanii. A ponieważ ta ostatnia była „arcykatolicka”, rząd odrodzonego państwa propagował i popierał protestantyzm, na katolików patrząc krzywym okiem, a często ich wręcz dyskryminując, ci ostatni bowiem nazbyt przypominali czasy hiszpańskiej niewoli.

Nielicznie egzystujących tam jeszcze katolików skazano na powolne wyginięcie. Wszystko zresztą wskazywało na to, iż rychło to nastąpi. Widomym znakiem tak głębokiego upadku był fakt, iż w Holandii wcale nie istniała hierarchia rzymskokatolicka. Z dawnych kapituł katedralnych ostały się w stanie szczątkowym jedynie dwie: w Utrechcie i Haarlemie, zaś w całym kraju nie było ani jednego biskupa. A właściwie nie tak - nie było biskupa ordynariusza. Papieże, aby Kościół holenderski w ogóle mógł spełniać swoją misję i funkcjonować, przysyłali mu tzw. wikariuszy apostolskich. Ci ostatni, będąc biskupami, nie posiadali jednak władzy jurysdykcyjnej, a ich działalność na terenie Holandii ograniczała się wyłącznie do pełnienia posług duchownych: święcenia księży, poświęcania krzyżma, udzielania sakramentu bierzmowania... Ta nienormalna przecież sytuacja trwała kilkadziesiąt lat. W Kościele holenderskim panowała raczej podówczas senna atmosfera i niewiele się działo. Ale do czasu.

Z pobliskiej Francji poczęły powoli przenikać nauki jansenistyczne, trafiając na podatny grunt i znajdując uznanie w oczach holenderskich katolików. W dalszym ciągu panował jeszcze względny spokój. Wszystko się zmieniło, gdy w roku 1688 Rzym mianował wikariuszem apostolskim dla Kościoła holenderskiego tytularnego arcybiskupa Sebasty - Piotra Kodde'a, a był on żarliwym zwolennikiem jansenizmu, który po objęciu nowej funkcji zaczął rozpowszechniać na podległym sobie terenie.

Rzym na takie postępowanie swego wikariusza zareagował natychmiast, wzywając biskupa Kodde'a do Stolicy Apostolskiej, aby się wytłumaczył z takowego postępowania. Ale Kodde zignorował (w 1699 roku) to wezwanie. A wówczas stało się to, co było już łatwe do przewidzenia. Papież Klemens XI zawiesił go w pełnieniu funkcji pasterskich. Biskup Kodde - mając poparcie tak kleru, jak i wiernych - nie zastosował się do decyzji zwierzchnika. Teraz papież ukarał go całkowitym złożeniem z urzędu. Ale arcybiskup Sebasty tym także się nie przejął. Pozostał w Holandii i dalej z wielką gorliwością umacniał jansenizm w jej granicach.

Efektem tej działalności było oderwanie od Rzymu około pięćdziesięciu parafii z osiemdziesięcioma duchownymi wraz z kapitułą utrechcką. Część wszakże katolików pozostała wierna Stolicy Apostolskiej. Niemniej przy takowym stanie rzeczy można się było pokusić o utrzymanie niezależności od papiestwa. Toteż kiedy mianowało ono nowego wikariusza apostolskiego, kapituła utrechcka wymogła na rządzie holenderskim (któremu było to zresztą na rękę) odmówienie mu prawa przekroczenia granicy tego kraju.

Wszystko było dobrze, póki żył Kodde. Gdy jednak zmarł on w roku 1710, nie zadbawszy o to, by konsekrować któregoś z prezbiterów (prezbiter - ksiądz; w Kościele istnieją trzy stopnie kapłaństwa: diakonat, prezbiteriat i episkopat) na biskupa, aby mieć następcę posiadającego sukcesję apostolską, w Holandii nie było ani jednego - spełniającego ów warunek - hierarchy. Sytuacja była nad wyraz ciężka. Od przypadku do przypadku jansenistyczni biskupi francuscy święcili duchownych czy święte oleje, ale przecież nie sprawowali posług duchownych w całej Holandii. Kapituła utrechcka zdawała sobie doskonale sprawę z tego, iż taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie, jeśli się nie chce doprowadzić do całkowitej likwidacji Kościoła katolickiego w Holandii.

Niebo nad Kościołem holenderskim przejaśniało dopiero wówczas, gdy przybył do tego kraju biskup Babilonu Dominik-Maria Varlet. Człowiek ów, jak sam twierdził, powodowany litością, zaczął udzielać sakramentu bierzmowania, święcić oleje dla osieroconych jansenistów. Widząc to, kapituła utrechcka postanowiła użyć go do ważniejszego celu. Wiosną 1723 roku kanonicy wybrali spośród siebie Korneliusza Steenhovena arcybiskupem Utrechtu i poprosili Varleta, aby go konsekrował. Ten nie odmówił. Janseniści holenderscy doczekali się wreszcie własnego pasterza. Ponieważ w świetle rzymskokatolickiego prawa kanonicznego konsekracji dokonano samowolnie (chociaż była ważna!), Rzym zaprotestował. Widząc wszakże bezskuteczność swych protestów, w 1725 roku wyklął zarówno elekta, kapitułę, jak i Varleta. Nikt się tym jednak nie przejął, a Holendrzy zaczęli gardłować przeciw papieżowi.

W tym samym roku zmarł arcybiskup Steenhoven. Dominik Varlet wyświęcił nowego. Ten także rychło oddał ducha. Więc w 1733 roku biskup babiloński udzielił sakry Teodorowi van der Croon. Niestety, janseniści holenderscy jakoś nie mieli szczęścia do własnych biskupów. Arcybiskup Croon rychło podążył do wieczności w ślad za swymi poprzednikami. Po raz czwarty więc zwrócono się do biskupa Varleta o pomoc. I tym razem jej nie odmówił i w 1739 roku wyświęcił na arcybiskupa Utrechtu Piotra Jana Meindartsa. Naturalnie wszystko odbywało się zgodnie ze schematem, jaki wypracowano po dokonaniu pierwszej konsekracji. Varlet święcił, papież wyklinał...

Wreszcie przyszło i biskupowi babilońskiemu opuścić ten padół. Zmarł 14 maja 1742 roku. Kapituła utrechcka wpadła w panikę, wiedząc, że jej arcybiskupi nie cieszą się długim żywotem i co by było, gdyby... Drugiego Varleta próżno będzie szukać. Toteż wszelkimi sposobami starano się przekonać rząd, aby wyraził zgodę na restytuowanie biskupstw w Haarlemie i Deventer. Rząd przychylił się do prośby i można było konsekrować dwu jeszcze biskupów. Kapituła mogła odetchnąć.

Cóż, kiedy w łonie Kościoła holenderskiego nie działo się najlepiej. Część wiernych i duchowieństwa wróciła do łączności z Rzymem. Stan osobowy zastraszająco się kurczył i dopiero okres po zakończeniu I Soboru Watykańskiego i powstanie starokatolicyzmu przyniósł Kościołowi Starobiskupiego Kleru (bo taką nazwę przyjęto) w Holandii poważny wzrost znaczenia.

Starokatolicyzm powstał w wyniku sprzeciwu części tak kleru, jak i wiernych Kościoła rzymskokatolickiego w stosunku do ogłoszonych na Soborze Watykańskim I nowych dogmatów, a dokładniej dogmatu o nieomylności i powszechnej jurysdykcji papieża. Czołową postacią nowopowstałego ruchu był wybitny teolog niemiecki, ks. Jan Józef Ignacy Doellinger (1799-1890). Dawszy podstawy organizacyjne, prawne i teologiczne ruchowi „starych katolików”, czyli tych pozostających przy dawnej nauce Kościoła rzymskokatolickiego i odrzucających nowoogłoszone dogmaty, sam jednak usunął się w cień, a jego miejsce zajęli inni. Z czasem doszło do sytuacji, że konieczne było utworzenie niezależnych starokatolickich struktur kościelnych, z własną, posiadającą sukcesję apostolską, hierarchią duchowną. Po uprzednich przygotowaniach, dnia 4 czerwca 1873 roku w Kolonii na biskupa wybrano prof. J. H. Reikensa, który został pokonsekrowany przez holenderskiego biskupa Hermana Heykampa.

Niezależne Kościoły Katolickie - tradycji starokatolickiej - zrzeszone w Unii Utrechckiej, to: Starokatolicki Kościół Holandii (Oud-Kathiolieke Kerkvan Nederlan), Chrześcijańsko-Katolicki Kościół Szwajcarii (Christakatcholische Kirche in der Schweiz), Starokatolicki Kościół Niemiec (Altkatholische Kirche in Deutschlad), Starokatolicki Kościół Austrii (Alt-katholische Kirche Österreichs), Starokatolicki Kościół Francji (Église Vielle-Catholique de France), Gammalkatolska Kyrkan i Sverige (Kościół Starokatolicki Szwecji), Starokatolická Církev v Československu (Czechosłowacki Kościół Starokatolicki), Starkokatolicka Crkva u Jugoslavij (Starokatolicki Kościół w Jugosławii), Chiesa Christiana Cattolica (Katolicki Kościół Chrystusowy we Włoszech), Polish National Catholic Church of America (Polski Narodowy Kościół Katolicki w Ameryce) i Kościół polskokatolicki w kraju.

Poza wyżej wymienionymi istnieje wiele Kościołów katolicyzujących także niezależnych od Rzymu, lecz niezrzeszonych w Unii Utrechckiej. Będą to m.in.: Christ Catholic Church International (Międzynarodowy Chrystusowy Kościół Katolicki - w Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Europie i Australii), Liberal Catholic Church (Liberalny Kościół Katolicki), African American Catholic Congregation (Imani Temple) - Afroamerykański Kościół Katolicki, Anglican Rite Old Catholic Church (Kościół Starokatolicki Rytu Anglikańskiego), Charismatic Catholic Church (Charyzmatyczny Kościół Katolicki), Starokatolicki Kościół Mariawitów (w Polsce, Niemczech, Francji, Skandynawii i USA), Igreja Católica Apostólica Brasiliera (Katolicko-Apostolski Kościół Brazylii), Iglesia Ortodoxa Católica Apostólica Méxicana (Meksykański Ortodoksyjny Katolicki i Apostolski Kościół), Iglesia Católica Apostólica de Chile (Katolicki Apostolski Kościół Chile), Catholic Apostolic Church in North America (Katolicko-Apostolski Kościół w Ameryce Północnej), Holy Catholic Apostolic Church (Święty Katolicki i Apostolski Kościół, w Ameryce), Iglesia Filipina Católica Independiente (Filipiński Niezależny Kościoł Katolicki), Chiesa Apostolica Ortodossa Cattolica in Europa (włoski - Kościół Apostolski, Ortodoksyjny i Katolicki w Europie), Katolicki Kościół Mariawitów w Polsce, czy wreszcie reaktywowany Kościół Starokatolicki w Polsce. Oczywiście Kościołów czy może raczej grup wyznaniowych, przyznających się do starokatolickich korzeni, jest o wiele więcej, ale nie widzę sensu by je tu wszystkie wymieniać.

Co najwyżej należałoby wspomnieć o innej, niezależnej od Utrechtu, niemniej legalnej i niepodważalnej katolickiej linii sukcesyjnej.

Otóż drugą ważną linią sukcesyjną dla wielu Kościołów i katolicyzujących grup wyznaniowych jest ta, która wywodzi się od pierwszego niezależnego katolickiego biskupa amerykańskiego, Josepha René Vilatte’a.

Vilatte urodził się 24 styczniu, 1854 w Paryżu. Jego rodzice pochodzili z okolic La Maine, w północno-zachodniej Francji. Matka Vilatte’a zmarła wkrótce po jego urodzeniu, a on sam trafił w Paryżu do sierocińca prowadzonego przez zakonników - Braci Szkolnych. Ponieważ istniały wątpliwości co do ważności jego chrztu, został on - w 1867 r. - warunkowo ochrzczony, a potem bierzmowany w paryskiej katedrze Notre Dame. W czasie wojny francusko-pruskiej służył w Gwardii Narodowej, a po przeżyciu oblężenia Paryża przez Niemców i rządów Komuny Paryskiej zdecydował się opuścić Francję i wyjechał do Kanady. Tam pracował najpierw jako nauczyciel i katecheta, a ponieważ mieszkał w okolicy bardzo oddalonej od jakiegokolwiek kościoła, powoli zaczął także pełnić funkcję kaznodziei.

Vilatte po dwu latach takiego życia powrócił do Francji, tu jednak otrzymawszy wezwanie do odbycia siedmioletniej służby wojskowej, ostatecznie postanowił wyemigrować. Udał się zatem do Belgii, gdzie doszedł do wniosku, iż posiada powołanie kapłańskie. Nie zamierzał jednak w tym kraju spędzić reszty życia.

Ostatecznie Vilatte opuścił Belgię w 1876 i ponownie pożeglował do Kanady. W Kanadzie zbliżył się do biskupa Montrealu, który posłał go do Collegium Świętego Wawrzyńca (College of Saint-Laurent), w którym studiował przez 3 lata. W tym czasie spotkał on eks-księdza Chinquey, który wygłaszał kazania skierowane przeciw Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Pod jego wpływem przerwał naukę w Collegium i korzystając z pomocy pastora protestanckiego McGill’a rozpoczął studia na Uniwersytecie w Montrealu, gdzie spędził dwa lata. Po tym czasie na krótko pogodził się z Rzymem, wstępując nawet do Clerics of Saint Viator at Bourbonnais, Illinois. Gdy ponownie spotkał się z Chinquey’em dał się przekonać do odejścia z owego Zgromadzenia, opuszczenia Illinois, osiedlenia się w Green Bay, Wisconsin, i rozpoczęcia pracy misyjnej pośród mieszkających tam belgijskich osadników, którzy skłóceni z rzymskim katolicyzmem pragnęli przejścia na protestantyzm a tak naprawdę to większość z nich w ogóle straciła jakąkolwiek wiarę. Chinquery radził Vilatte’owi skontaktować się Hyacinthem Loysonem, byłym karmelitą, który został wyklęty w 1869, gdy poślubił amerykańską wdowę i założył Gallikański Kościół Katolicki. Tak więc Vilatte, w 1884 r., z błogosławieństwem dwu eks-duchownych katolickich postanowił się przenieść do Wisconsin i osiedliwszy się w Green Bay Area, rozpoczął pracę misyjną. Wcześniej wszakże został on, przed dwóch profesorów, poddany egzaminowi z zakresu wiedzy teologicznej. Próba wypadła zadowalająco.

Episkopalny biskup John Henry Hobert Brown uznał, iż skoro Vilatte’a nie „przerobił się” na protestanta, należy mu pomóc w zdobyciu święceń kapłańskich z rąk któregoś z niezależnych starokatolickich biskupów europejskich. Wybór padł na szwajcarskiego biskupa Herzoga, który już wcześniej święcił kapłanów dla Gallikańskiego Kościoła Francji. Były także propozycje, aby Vilatte został wyświęcony na kapłana przez biskupa protestanckiego Kościoła Episkopalnego. Mając świadomość, iż w tym Kościele sukcesja apostolska jest wątpliwa, chociaż sami anglikanie i episkopaliści uważają inaczej, nie chciał nawet o tym słyszeć. Dlatego też zdecydował się - przeciwstawiając namowom ze strony biskupa Browna, który chciał go ordynować na pastora - udać się do Europy i tu przyjąć święcenia z rąk biskupa starokatolickiego. Miał bowiem w pamięci, że w Kanadzie pasterzuje wielkiej liczbie wiernych obejmujących ok. 30.000. Z czego 8 tys. byli to ludzie o zdecydowanie ortodoksyjnych poglądach. Wielu spośród tych Belgów błagało, by Vilatte został ich proboszczem.

Vilatte nieugięty w raz podjętej decyzji w dniu 6 czerwca 1885 roku został wyświęcony na diakona, zaś w dzień później na kapłana. W czasie obrzędu święceń, nie złożył on kanonicznej przysięgi na wierność jakiemukolwiek biskupowi, co w przyszłości dało mu pole manewru w staraniach się o niezależną sakrę biskupią, co miało miejsce znacznie później. Tymczasem jurysdykcyjne podlegał biskupom Kościoła Episkopalnego, ale nie to było jego celem i marzeniem. Vilatte chciał bowiem stworzyć niezależny amerykański Kościół Starokatolicki, a do tego potrzebne mu było przyjęcie sakry biskupiej.

W tymże celu podejmował liczne próby i zabiegi wśród niezależnej zachodniej hierarchii kościelnej w Europie - niestety, bez efektu. Potem zbliżył się do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, mając nadzieję, że tu zostaną dostrzeżone jego zalety i tę sakrę otrzyma.

Efekt był dokładnie taki sam, jak w przypadku starań o sakrę w Utrechcie i Kościołach z nim zjednoczonych. Vilatte dowodnie i ostatecznie przekonawszy się o tym, że nie miał najmniejszych nawet szans na otrzymanie sakry biskupiej, i to zarówno ze strony starokatolików, jak i prawosławnych, postanowił zbliżyć się do Kościołów orientalnych. Jego apel skierowany do Mar Ignatiusa Petra III, Jakobickiego Patriarchy Antiochii był bardziej szczęśliwy - dostojnik ten go rozumiał i zapewnił swe poparcie w staraniach o sakrę. Wtedy to właśnie Vilatte zdecydował się napisać do Mar Juliusa I, będącego głową niezależnego katolickiego Kościoła Cejlonu, Goa oraz Indii, z pytaniem, czy Mar Julius byłby skłonny konsekrować go na biskupa. Cejloński dostojnik zgodził się. Wówczas, podróżując za pożyczone pieniądze i trzecią klasą, Vilatte dopłynął na Cejlon (obecnie Sri Lanka), gdzie wreszcie ziściło się jego pragnienie, i gdzie został pokonsekrowany na biskupa przez Mar Juliusa I w asyście Mar Paulosa Athanasiusa, biskupa Kottayam oraz Mar Georgiosa Gregoriusa, biskupa Niranam.

Sakra odbyła się według Pontyfikału Rzymskiego. To podniosłe wydarzenie miało miejsce 29 maja 1892 roku. Po wyświęceniu Vialetta, przyznano mu godność arcybiskupią, oraz wschodnie imię Mar Tymoteusz. Jego arcybiskupią katedrą stała się świątynia Matki Bożej w Dyckesville, Wisconsin, Stany Zjednoczone, a jego władza jurysdykcyjna rozciągnęła się na Kościoły Archidiecezji Ameryki. Chociaż zawistnicy próbowali podważyć legalność sakry arcybiskupa Vilatte, niestety, nie udało im się to. Dziś jego linia sukcesyjna jest rozpoznawana jako ważna i nie podlegająca jakiejkolwiek dyskusji.

Na koniec wspomnę jeszcze, że Arcybiskup Vilatte dzięki temu iż posiadł niepodważalną sakrę biskupią dał początek wielu liniom sukcesyjnym, w sporej liczbie Kościołów i wyznań katolicyzujących, ale także i Kościołów prawosławnych-niekanonicznych. Jego działalności na tym polu nie sposób przecenić.

Mimo tego jednak, mimo prowadzonej na tak szeroką skalę i w tak różnych środowiskach, działań, Arcybiskup Vilatte zawsze tęsknił za uregulowaniem swych stosunków z Kościołem rzymskokatolickim.

I nie raz czynił próby powrotu. Ale był to niespokojny duch. W roku 1900, Vilatte był we Francji, gdzie zamieszkał w Opactwie św. Marcina, niedaleko Poitiers. Szczegółowo sprawdzano mu teraz ważność jego święceń, a szczególnie sakry biskupiej.

Ale Vilatte przyzwyczajony do działań, nudził się siedzeniem bezczynnie za benedyktyńskimi murami, na dodatek biedny jak mysz kościelna.

Chyba dlatego zdecydował się - ryzykując imienną klątwą - wyświęcić 6 maja 1900 roku, na Starokatolickiego Biskupa Italii niejakiego Paolo Miragila Gulotti, nadając mu tytuł biskupa Piacenzy. Po dwu latach pobytu w Europie, Vilatte ponownie wyjechał do Kanady, szukać tam schronienia.

Gdy latem 1906 Francja wydała wiele antyklerykalnych rozporządzeń, Vilatte nabrał otuchy, że może tym razem udało by się stworzyć prawdziwy Kościół Gallikański. i przypłynął zza oceanu. Jego działania, poza tym jednym, że ponownie spadła nań klątwa, tym razem Arcybiskupa Paryża, nie przyniosły nic zgoła. Na dodatek naraził się on Katolickim Kościołom Cejlonu i Goa, Syro-Jakobitom, starokatolikom, a nawet Polsko-Narodowemu Kościołowi Katolickiemu w Ameryce.

Tak więc nadzieje Vilatte na to, by stać się liderem starokatolicyzmu na kontynencie amerykańskim bezpowrotnie runęły. Na Synodzie 10 kwietnia 1920 roku Vilatte odszedł w stan spoczynku, a synod dożywotnio przyznał mu jedynie tytuł egzarchy. Swej władzy biskupiej użył jeszcze tylko raz, gdy 22 września 1921 roku pokonsekrował Wallace David’a de Ortega Maxey z Afrykańskiego Kościoła Ortodoksyjnego. I to był już prawdziwie ostateczny koniec działań Vilatte’a jako biskupa.

Biskup James Rankin uważa, że jeśli nie wszyscy, to prawie wszyscy amerykańscy (i nieamerykańcsy, lecz posiadających sukcesje od tych ostatnich) posiadają sukcesję apostolską wywodzącą się - w mniej lub bardziej zawiły sposób - od Vilatte’a.

Powoli życie tego niespokojnego ducha poczęło dobiegać końca. I na pewno zdawał sobie z tego sprawę. 1 czerwca 1925 Vilatte na ręce biskupa Ceretti, Nuncjusza Apostolskiego w Paryżu złożył formalną deklarację, w której wyraził ubolewanie z powodu przyjęcia przez siebie sakry biskupiej i konsekrowania innych licznych osób na biskupów. Tydzień później, licząc od złożenia tejże deklaracji, na prośbę papieża Piusa XI, Vilatte ze swym amerykańskim służącym zamieszkał w cysterskim Opactwie Port Colbert. Stolica Apostolska przyznała mu emeryturę 22.000 franków, w uznaniu jego biskupiego stanu.

Śmierć przyszła po Arcybiskupa niespodzianie. Zmarł na niewydolność serca w niedzielę 8 lipca 1929 roku. Został pogrzebany na cmentarzu w Wersalu. Jedynymi żałobnikami były osoby, które kiedyś wyświęcił on na duchownych, w tym jeden biskup (chociaż konsekrował siedmiu). Wkrótce po śmierci Arcybiskupa Vilatte większość jego dokumentów znikło tajemniczo i bezpowrotnie...

Prócz dwu wymienionych linii sukcesyjnych jest ich o wiele więcej, ponieważ jednak nie odegrały jak te opisane większego znaczenia w nowożytnych dziejach Kościoła Zachodniego, pominiemy je milczeniem. (fragment książki: Syn Zatracenia. Zaświaty w wierzeniach Kościołów tradycji katolickiej)

Zezwalam na kopiowanie tekstu i umieszczanie w serwisach internetowych pod warunkiem podania źródła jego pochodzenia w brzmieniu:

Tekst pochodzi z serwisu THRISKEIA. TAJEMNICE RELIGII. ZAGADKI NATURY I WIEDZY - http://thriskeia.strefa.pl/





Powrót na stronę główną